wtorek, 6 lutego 2018

[128.] Dig and twist, dig and twist...

Dość niesamowicie śpi się w nocy, kiedy budzi Cię hałasujący gibon...
Po śniadaniu poszliśmy sprzątać wybieg dla słoni. Tak, ich kupa jest naprawdę duża. Nie, nie śmierdzi prawie wcale, bo w 80% składa się z niestrawionej trawy. Jeszcze kilka dni i będę ekspertem ;).
Sarai-Mia ma 5 lat i uwielbia banany i trzcinę cukrową 

Dalej na liście zadań kopanie dołów  - powiększamy znacznie teren, żeby słonie miały więcej miejsca, ale musi być ogrodzony. Dół ma mieć jakiś metr głębokości i tyle szerokości i długości. Dość marny ze mnie kopacz, kiedy wszyscy skończyli swoje i poszli dalej, ja nie byłam nawet w połowie... Mix, nasz koordynator, zlitował się nade mną i wziął ode mnie takie narzędzie z mini szpadlem. Pokażę Ci. 'Dig and twist, dig and twist'. I w ten sposób w ciągu kilku minut pogłębił mój dół o 1/3, a dwie Chineczki nastoletnie, które są tu ze swoimi mamami, rzuciły się, żeby mi pomóc tę ziemię wyrzucić. I tak wspólnymi siłami miałam wykopany dół. Pleców nie czuję ...

Po obiedzie dalej grzebiemy się w ziemi, ale znacznie przyjemniej. W szkółce leśnej selekcjonujemy drzewka, wyrzucamy te uschnięte, przestawiamy je gatunkami, wybieramy te największe, które będziemy sadzić w dżungli w piątek. I w ogrodzie, bo niemal wszystkie warzywa i owoce, które tu jemy, są uprawiane na miejscu.
W szkółce z Eli i Mixem 

Potem znów przygotowywanie kolacji dla słoni. Dzisiaj z maczetą szło mi dużo lepiej, nabieram wprawy! I przy karmieniu odważyłam się pogłaskać Sarai-Mia, miała taki ciepły nos i chropowatą trąbę, wrażenie absolutnie niesamowite.
Jaszurki i pąjaki w ilościach hurtowych...




poniedziałek, 5 lutego 2018

[127.] Cambodia Wildlife Sanctuary

3 słonie, ponad 20 psów, 15 małp i łabędzie, dzikie kaczki i kury nawet mamy w schronisku, do którego trafiłam dzisiaj. Założone w 2014 roku jako siostrzana fundacja Elephant Sanctuary w Tajlandii. Założycielka, Tajka, uratowała w ciągu ostatnich kilku lat blisko 100 słoni, większość z nich dożywa szczęśliwej starości właśnie w tajlandzkim schronisku. My mamy trzy dziewczyny, jedna ok. 50 lat, druga 45 i najmłodsza ok. 5. Wszystkie były wykorzystywane na rzecz turystów, zabawiały ich, woziły na swoich grzbietach. Zanim stały się atrakcją, w okrutny sposób je ujarzmiano. Pokazano nam dziś o tym film, momentami nie mogłam patrzeć... Zatem krótki apel, na początku, więcej nie będę.
NIE UCZESTNICZCIE I NIE PLAĆCIE ZA ATRAKCJE ZE ZWIERZĘTAMI, DLA NICH TO NIE ZABAWA, TO OKRUTNA UDRĘKA, KTÓRA ŁAMIE IM ŻYCIE, A LUDZIOM ZNĘCAJĄCYM SIĘ NAD NIMI POZWALA WYGODNIE ŻYĆ .

Azjatyckie słonie są zagrożone wyginięciem, więc każde jedno ocalone zwierzę jest na wagę złota. A zwierzaki to niezwykłe. Rąbaliśmy dzisiaj dla nich trzcinę cukrową specjalną maczetą na mniejsze kawałki i zrywaliśmy kiście bananów na ich kolację. Każdy zjada dziennie ok. 100 kg pożywienia. Większość znajdują w pobliskiej dżungli, gdzie ich opiekun codziennie je wyprowadza na ok. 8 godzin. Nie mogą tam wrócić na stałe, bo pewnie by nie przeżyły. Las jest też mocno przerzedzony - wolontariusze sadzą też drzewa.
Wyprowadzaliśmy też dzisiaj psy, tak się cieszyły na spacerze, niektóre z radością pływały przy tamie, którą specjalnie zbudowano, żeby poić zwierzęta.
Na spacerze z psami przy tamie 

Śniadanie codziennie o 7.00 rano i potem do pracy :). Jedzenie tylko wegetariańskie, co jest tutaj zrozumiałe i bardzo mi się podoba.
Mój domek, który dzielę z jaszczurką, obawiam się, że nie jedną...

Ach, i mieliśmy jeszcze dzisiaj wieczorem ceremonię błogosławienia nas przez tutejszego szamana, żebyśmy byli bezpieczni, żeby nam dopisywało szczęście i otaczały nas dobre duchy. Bardzo to było piękne.

niedziela, 4 lutego 2018

[126.] Siem Reap, czyli jak to się właściwie wymawia

Czasem tak jest, że wysiadasz z samolotu, stajesz na płycie lotniska, rozglądasz się i już czujesz, że ci się podoba. Ja tak miałam dziś w Siem Reap [sjem ri:p], kiedy po 24 godzinach podróży (większość w lekkiej kurtce puchowej, ale jednak) stanęłam w słońcu przed budynkiem lotniska, przypominającym świątynię.
Długa kolejka do sprawdzenia paszportu, szybkie pożegnanie z Julie, którą poznałam w gate czekając na samolot w Kantonie (o Julie będzie jeszcze słowo za chwilę) i już mknęłam tuk-tukiem przyozdobionym elementami 'zgapionymi' ze świątyni Ankor Wat... Gorący wiatr, kurz i ten specyficzny zapach - pomieszanie kadzidła z jakimś takim palonym drewnem, pyłem, czymś nieokreślonym, ale nie nieprzyjemnym.
Jet lag już daje się we znaki, ale z rozsądku idę jeszcze na spacer po centrum miasta. Zachwycam się pomysłowością (i  uprzejmością) właścicieli tuk-tuków - są romantyczne, klasyczne, harley'owe, luksusowe (z logo i napisem Mercedes Cambodia), rzeźbione, ascetyczne, no po prostu kosmiczne. W jednej z knajpek przy skrzyżowaniu zjadam noodle soup z kurczakiem gapiąc  się na przechodniów i ten nieskoordynowany azjatycki ruch kołowy.
Na WhatsApie wyskakuje wiadomość od Julie, że może spotkamy się za tydzień w Battambang. Jest naukowcem, zajmuje się malarią. Gdy o tym usłyszałam, to przypomniałam sobie o artykule o malarii,  jaki opublikowała niedawno szefowa fundacji Melindy i Billa Gates'ów (od lat przeznaczają środki na walkę z tą choroba). - A tak, dostaliśmy od nich grant! - Julie na to.
Uwielbiam znajomości w drodze. A to dopiero pierwszy dzień.
Tuk-tuk romantyczny, kierowca będzie miał na pewno dużo roboty w Walentynki ;)




środa, 3 stycznia 2018

[125.] Kobieta z charakterem

To było dla mnie zaskoczenie i niezwykłe wyróżnienie - firma Wawel (ta od czekoladek Malaga, TikiTaki i Kasztanki) zaprosiła mnie do współpracy przy kampanii "Charakter nadaje życiu smak". Razem z trzema fantastycznymi dziewczynami: Elą, Agatą i Anią, pełniłam rolę ambasadorki kampanii. Jednym z jej elementów był konkurs. Tak zachęcałam do wzięcia w nim udziału na moim profilu na FB:
Mam wokół siebie tyle wspaniałych kobiet z charakterem, które mnie nieustannie inspirują, dostarczają energii, uśmiechu, ale też wspierają, pocieszają i wysłuchują, gdy potrzebuję się wygadać. Myślę że teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy siebie nawzajem - zrozumienia i solidarności.
Konkurs jest fajny - trzeba opisać jakie cechy charakteru, Wasze lub u bliskich Wam kobiet, pozwalają na realizację siebie, swoich celów, marzeń i pasji. Możecie posiłkować się moim ambasadorskim opisem - o coś takiego właśnie chodzi. Nagroda główna to voucher na wycieczkę dla dwóch osób - wszystkie szczegóły w regulaminie.
Monika, Agata, Ela i Ania (fot. Wawel)

Efekty przerosły nasze oczekiwania - napłynęło ponad 700 zgłoszeń, z których jury konkursu wybrało jedną historię i przyznało jej autorce główną nagrodę. Wygrała Paulina, która opisała swoją koleżankę tak:
"Znam taką superkobietę, niby niska, niby drobna, niepozorna, ledwo po 30-tce, ale to, co zdążyła już zdziałać naprawdę zwala z nóg. Mowa tu o mojej znajomej, dla mnie prawdziwej współczesnej bohaterce. Na co dzień świetny optyk i optometrysta, kilka razy do roku wyrusza jednak z mężem starym kamperem w daleką podróż jako misjonarka – na Ukrainę, Mołdawię, Rumunię. Zatrzymuje się w najuboższych wioskach by pomagać, badać wzrok i podarować za darmo okulary tym, na których inni już dawno postawili krzyżyk – czy to Romowie, dzieciaki z najbiedniejszych rodzin czy staruszkowie, którzy marzą o tym, żeby móc jeszcze cokolwiek w życiu samodzielnie przeczytać (...). To cudowna historia i bardzo mi bliska.
W ramach kampanii udzieliłam też wywiadu Interii.
Dzięki tej współpracy zabieram na mój kolejny wolontariat 50 szczoteczek i past do zębów dla dzieciaków w Kambodży. Już się nie mogę doczekać!
Relacje na bieżąco od 5 lutego 2018 :).

czwartek, 20 lipca 2017

[124.] Moje wspomnienia z wolontariatu w Kolumbii w radiowej Trójce!

Tyle razy mi się to zdarzyło, a za każdym razem tak samo dziwi - zbiegi okoliczności.
Pod koniec maja napisała do mnie Monica, moja szefowa z Fundacji Emerging Voices. Szuka kolejnej Polki do koordynacji wolontariuszy, to byłaby już... czwarta na moim miejscu!
A krótko potem dostałam zaproszenie od red. Michała Olszańskiego do jego piątkowej audycji "Godzina prawdy" - miałam opowiadać o moim wolontariacie: jak to się stało, że wylądowałam w Kolumbii i co robię teraz, po powrocie.
To był dla mnie ogromny zaszczyt i przeżycie. Tym bardziej, że tych audycji słucham od zawsze i podziwiam osoby, które gościły u red. Olszańskiego i dzieliły się swoimi niezwykłymi historiami. Nawet mi się nie śniło, że mogłabym kiedyś znaleźć się wśród nich...

Acha, wspomniałam też w audycji, że jest wakat w fundacji - można pracować w Bogocie i Cartagenie, więc jakby co, to służę wszelkimi informacjami i przeszkoleniem :).

A audycji możecie wysłuchać tutaj.

Kilka miesięcy później zadzwoniła do mnie pani red. Joanna Bogusławska i tak powstał drugi reportaż, który wyemitowała Jedynka. Tutaj można go wysłuchać.

W "Trójce" z red. Olszańskim

niedziela, 9 kwietnia 2017

[123.] Życie na freelansie



Moje życie na własny rachunek zaczęło się dokładnie trzy lata temu, choć działalność gospodarczą mam od września 2013 roku. Jak wyglądały początki mojej firmy i jak (dlaczego?!) zrobiłam ten pierwszy krok? Jak szybko zarobiłam pierwsze pieniądze? Czy byłam przekonana, że to co chcę robić to jest właśnie to? Czy ktoś mi w tym pomógł? I jak to jest tak zupełnie „przyziemnie” żyć na freelansie – spłacać kredyt, płacić co miesiąc ZUS i zarządzać projektami często „od czapy”. O tym właśnie będzie ten post.

A o tym, by pracować na własny rachunek myślałam od lat. Nie miałam na to pomysłu. Kiedy skończył mi się kontrakt w agencji PR, którą wtedy zarządzałam, postanowiłam „odpocząć”. Pojechałam na półtora roku do Kolumbii – pracowałam jako wolontariuszka i miałam nadzieję, że przez ten czas mnie oświeci, że będę miała wolną głowę i na pewno wpadnę na doskonały pomysł, co będę robić po powrocie do Polski. 

I tu pierwsza pułapka i rada – jeśli wydaje ci się, że musisz gdzieś wyjechać, zmienić dekoracje (jak to ja mówię), żeby znaleźć swoją drogę, czy wpaść na pomysł, co chcesz robić, to jest to tylko ucieczka. Cały problem polega na tym, że tam gdzie jedziemy, zabieramy siebie, a ze sobą wszystkie myśli, troski, niepewności i dopóki się z nimi nie uporamy, nie ma żadnego znaczenia, gdzie jesteśmy. Mi mój wyjazd do Kolumbii niestety w tym nie pomógł, dał zupełnie co innego (o tym jest na początku tego bloga).

Po powrocie założyłam co prawda działalność gospodarczą, ale ze strachu przed niewiadomą najpierw wylądowałam w jednej agencji PR, a potem w drugiej – na kontrakcie, co właściwie polegało na tym, że pracowałam na cały etat i wystawiałam pod koniec miesiąca faktury. I dalej myślałam, co tu robić…

Moja mandala - wersja przed obróbką graficzną :)
I tu druga pułapka i rada – będąc na etacie po prostu nie ma się czasu na kreatywne myślenie o pracy na własny rachunek. Raz, że nie masz wystarczającej motywacji – co miesiąc dostajesz wynagrodzenie, a dwa – nie masz już siły, żeby po prostu opracować na przykład biznes plan, napisać teksty na stronę internetową, ba!, zastanowić się jak ona ma wyglądać, czy pomyśleć nad tym, jaki ma być twój produkt, i jak i komu chcesz go sprzedawać. Przynajmniej tak było ze mną.
Aż pewnego dnia ta druga agencja PR powiedziała, że za miesiąc przerywamy kontrakt (częsty powód w agencjach – odchodzą klienci, nie ma jeszcze nowych, trzeba redukować zespoły, wracają osoby po dłuższych urlopach macierzyńskich, etc.). Oczywiście rzuciłam się w wir szukania pracy – oczywiście w agencji, bo to umiem najlepiej. Byłam na wielu rozmowach – w małych polskich agencjach i dużych, międzynarodowych sieciowych. I po kolejnych spotkaniach coraz bardziej desperacko zadawałam sobie pytanie, czy chcę do tego świata wracać. I głęboko w sobie słyszałam taki rozpaczliwy szept – NIE! Strach był jednak wielki, bo mam kredyt na mieszkanie, co miesiąc trzeba płacić ZUS (już nie preferencyjny), trzeba coś jeść i opłacić rachunki. Pomyślałam wtedy – może jednak spróbuję stanąć na własnych nogach? Jak się nie uda, to podkulę ogon i wrócę na etat do agencji. Miałam trochę oszczędności na koncie, co - po przeanalizowaniu – powinno mi wystarczyć na jakieś trzy miesiące życia ze wszystkimi opłatami. Był kwiecień…

I jak już podjęłam tę decyzję, to oto jakie były moje pierwsze kroki:

  1. Nazwę firmy już miałam, bo zakładałam działalność wcześniej – zleciłam więc zaprzyjaźnionej graficzce zrobienie logo i projektu wizytówek, a na tej bazie opracowałam sobie wzór dokumentów w Wordzie i prezentacji.
  2. W tym samym czasie usiadłam i spisałam wszystkie moje umiejętności, czyli na czym mogę zarabiać – ułożyłam to w taką mandalę (rysunek powyżej), której profesjonalne wykonanie też zleciłam graficzce – mandalę wrzuciłam na fejsa ze stosownym komunikatem, czyli: jestem do wzięcia!
  3. Zaczęłam rozpowiadać wszędzie, wszystkim i przy każdej okazji, że jestem freelancerem i podejmę każdy projekt związany z PRem i szkoleniami z komunikacji i relacji z mediami – to się potem okazało super ważne, bo wici się rozeszły i takim sposobem dostałam pierwsze drobne zlecenie w maju!
  4. W międzyczasie pracowałam też nad swoją stroną internetową – kolega postawił mi ją na WordPressie, pisałam teksty, robiłam sama zdjęcia i konsultowałam to z bliskimi mi osobami, które są profesjonalne, a jednocześnie szczere i mi życzliwe. To też super ważne.
  5. W czerwcu na konto wpłynęły pierwsze pieniądze (drobne, ale radość była wielka!). W czerwcu dogadałam się też z agencją, w której kiedyś pracowałam, że wesprę ich przy jednym projekcie do końca roku – miałam u nich zakontraktowane kilkadziesiąt godzin miesięcznie, co dawało jako taką stabilność na kilka miesięcy naprzód.
  6.  I wtedy, w lipcu zdecydowałam się na kolejną rzecz (której nie miałam zaplanowanej w budżecie, ale skredytowałam ją z tych pieniędzy, które miałam mieć ;) – na coaching biznesowy. Kasię poleciła mi znajoma trenerka. Chciałam z nią ustawić mój biznes – wiedziałam, co chcę robić i jakie usługi świadczyć, ale potrzebowałam skonsultować ten pomysł z kimś profesjonalnie doradzającym małym firmom, kimś, kto nie tylko jest coachem, ale przede wszystkim przedsiębiorcą (z sukcesami!) i mentorem.

I tu się na chwilę zatrzymam. Odbyłam z Kasią kilka bezcennych sesji, podczas których przegadałyśmy:

  • co chcę robić zawodowo i dlaczego właśnie to
  • kim są moi klienci i jak wygląda mój klient idealny – czego potrzebuje i co ja mogę mu dostarczyć
  • jaka jest moja przewaga rynkowa – zawsze jakaś jest – i to nie jest jedna rzecz, bo to bardzo trudno ustalić, ale zespół cech, wartości, które czynią mnie w pewnym sensie „unikalną”
  • jaka ma być wizja i misja mojej firmy, jakimi wartościami chcę się kierować
  • jakie są moje produkty (usługi) i ile mają kosztować, i dlaczego właśnie tyle (żeby umieć tę cenę obronić u potencjalnego klienta)
  • jak będę docierać do moich potencjalnych klientów – kanały sprzedaży i formy dotarcia.

To były najlepiej zainwestowane pieniądze w moim życiu i spotkanie z taką osobą polecam naprawdę każdemu, kto ma pomysł na swój biznes, ale potrzebuje go skonsultować, przegadać, zmierzyć się ze swoimi przekonaniami. Moje było na przykład takie, że na pewno nie będę pracować z korporacjami, bo one nie będą chciały nic zlecić takiej jednoosobowej firmie. I co? Moim drugim klientem była korporacja. Ok., zlecenie nie było bezpośrednio na mnie, tylko przez agencję, z którą współpracuję, ale to potwierdza, że dobrze, jak ktoś spojrzy na to z boku i zada kilka pytań, które zburzą przekonania ograniczające nasz biznes.

I na jesieni to moje rozpowiadanie, że jestem freelancerem zaczęło procentować, dostawałam kolejne zlecenia – mniejsze i większe, co pozwoliło mi przede wszystkim uwierzyć, że dam sobie radę. Oczywiście były miesiące, że wpływy na konto były mizerne i tu kolejna rzecz, do której musiałam się przyzwyczaić – że miesiąc nie zaczyna się 1. a kończy 30./31. dnia, tylko miesiąc zaczyna się wtedy, kiedy na konto wpływają pieniądze i można je porozdzielać na różne kupki. Mnie ratują subkonta, które sobie utworzyłam i z każdego wynagrodzenia od razu odkładam na VAT, na podatek PIT i na bieżące rachunki. A w lepszych miesiącach od razu przelewam nadwyżki, tworząc sobie poduszkę finansową właśnie na takie miesiące, kiedy jest gorzej, i na wakacje oczywiście!
Prowadzę też drobiazgowy budżet – firmowy i prywatny. Nieustanne inspiracje czerpię od Michała Szafrańskiego. Jeśli chcesz lepiej ogarnąć swoje finanse, koniecznie zajrzyj na jego bloga.

Kolejna super rzecz, która pozwala mi nie zginąć w kilku projektach, które prowadzę jednocześnie to jest  „weekly planer” ściągnięty z tej strony www (szukaj: 2017 Weekly Planning Process and Template). Bo oczywiście są takie miesiące, że nie wiem, w co ręce włożyć. Dlatego w każdy poniedziałek rano (to już mój rytuał) robię sobie dobrą kawę i podsumowuję miniony tydzień oraz zapisuję wszystkie najważniejsze zadania na ten nadchodzący – z rozplanowaniem na poszczególne dni. A gdy wpada mi jakiś projekt, a wiem, że sama sobie już nie poradzę, posiłkuję się zaprzyjaźnioną koleżanką, też freelancerką i zapraszam ją do realizacji takiego projektu jako mój „podwykonawca”. Spisujemy umowę o współpracę i działamy.

I jeszcze jedna rzecz, już na koniec. Filozofią mojej firmy jest „one for one” – hasło zapożyczone z genialnej firmy TOMS, która (w dużym skrócie) za jedną parę sprzedanych butów kupuje buty dla potrzebujących dzieci w najmniej rozwiniętych krajach świata.
Ja, kiedy pozyskam nowy kontrakt, odwdzięczam się za niego pracą pro bono. Szkolę instytucje kultury i studentów poprzez biura karier z komunikacji PR, z relacji z mediami i promocji w mediach. I właśnie po takim wolontariackim szkoleniu, jeden z jego uczestników polecił mnie firmie, dzięki której zarobiłam naprawdę dobre pieniądze. Dobro wraca :-).

Jedna z moich koleżanek mówi: kto nie ryzykuje, nie pije szampana. I taka jest prawda. 

Jeśli masz pytania, daj znać, na pewno postaram się pomóc.

poniedziałek, 7 listopada 2016

[122.] Karim Rashid i odpowiedzialność za naszą planetę



KarimRashid, którego wielbicielom designu nie trzeba przedstawiać, był niedawno gościem targów Warsaw Home i Poland Design Festival. Miałam ten zaszczyt i szczęście prowadzić spotkanie prasowe z jego udziałem i wysłuchać świetnego wykładu pt. "Future of Design”.

Już na początku swojego wystąpienia Rashid zwrócił uwagę, że jesteśmy świadkami przemysłowej rewolucji, która czyni nasze życie lepszym, łatwiejszym i bardziej komfortowym. Płacimy za to jednak ogromną cenę – produkujemy toksyczne materiały, nadmiernie eksploatujemy Ziemię, ulegamy cywilizacyjnym chorobom na skalę do tej pory niespotykaną. Odpowiedzialność za ten stan powinni wziąć także projektanci, bo to oni, tworząc swoje produkty, korzystają z materiałów, które nie zawsze są przyjazne naturze i ludziom. Aby udowodnić, że można projektować odpowiedzialnie wykorzystując materiały technologicznie inteligentne i w pełni nadające się do ponownego przetworzenia, designer powołał się na przykład krzesła, do produkcji którego użył plastiku pozyskanego z trzciny cukrowej zamiast z ropy naftowej. Zachęcał też młodych projektantów, by projektując myśleli także o surowcach i o konsekwencjach, jakie ich produkty będą miały dla środowiska w przyszłości.

Kolejnym tematem, który Karim Rashid mocno podkreślał w swoim wystąpieniu, jest era digitalizacji. – Projektuję wykorzystując technologię cyfrową. Komunikuję się przy pomocy cyfrowej technologii. I dzięki niej każdy z was może w tym świecie wszystko – macie niezwykłą możliwość kreowania tej rzeczywistości niezależnie skąd pochodzicie – przekonywał designer. Jednocześnie podkreślał, że celem projektantów mebli, przedmiotów użytkowych czy wnętrz powinien być kontakt ze współczesnym światem, odbijanie go w lustrze i mówienie o rzeczywistości, w której żyjemy tu i teraz. Tylko w taki sposób można projektować obiekty, które są użyteczne, transparentne, dają przyjemność z ich używania, są autentyczne, a nie skopiowane, czy udawane, a co najważniejsze – spełniają kryteria stawiane przez współczesnych użytkowników. 

Karim Rashid mówił też o różnicy pomiędzy designem a stylem, ubolewając, że obecnie styl i design są traktowane jak synonimy, albo rozumiane zupełnie opacznie. Styl jest, jego zdaniem, zakorzeniony w przeszłości, podczas gdy design to współczesność, bo jego pierwszą zasadą jest służenie społeczeństwu i zmienianie świata na lepsze.  Design to doświadczanie świata, który powinien być tak kreowany, by był ekologiczny, emocjonalny, sprawiający przyjemność i dający możliwość przeżywania, doświadczania właśnie. 
Karim Rashid zakończył swoje wystąpienie mocnym stwierdzeniem: - Jako projektant nadaję kształt przyszłości – to jest właśnie potęga designu.

Ze spotkania prasowego powstał też ciekawy wywiad dla Newsweeka - do przeczytania tutaj. Rashid miał odlotowe białe trampki w różowe kwiatki, z kieszonkami na zameczek po bokach...